W ten weekend Gdańsk zamienia się w motoryzacyjną stolicę Polski. 27 i 28 czerwca pod Polsat Plus Arena ląduje Ultrace Poland 2026: Eternal Culture — i nie ma w tym przesady, że to najważniejsze wydarzenie automotive tego lata nad Bałtykiem. Po piętnastu latach impreza przenosi się z Wrocławia na wybrzeże: więcej miejsca, więcej możliwości i morze na wyciągnięcie ręki.

Ale zanim ktokolwiek odpali silnik, warto poukładać sobie dwie rzeczy. Pierwsza: czym właściwie jest Ultrace i dlaczego zjeżdża tu tysiąc aut z całej Europy. Druga, ważniejsza: dlaczego co roku przy okazji tego zlotu wraca ta sama dyskusja o „patologii" — i dlaczego jako redakcja uważamy, że trzeba między jednym a drugim postawić bardzo grubą linię.

Co to jest Ultrace?

Najprościej: Ultrace to nie jest klasyczny zlot samochodowy. Klasyczny zlot to parking, na który zjeżdża, kto chce, i stoją obok siebie wypieszczony projekt i przygaszony diesel z 300 tys. na liczniku. Ultrace działa inaczej — to platforma kultury motoryzacyjnej z selekcją.

Organizatorzy z Club de Ultrace opisują to jako jedyne w swoim rodzaju wydarzenie na skalę światową, które łączy twórców współczesnej kultury samochodowej. Brzmi jak korpo-slogan, ale za sloganem stoi konkret: żeby Twoje auto stanęło w strefie, musisz je zgłosić i przejść selekcję. Liczy się nie tylko moc, ale charakter projektu, historia, design i to, czy wnosisz coś do sceny, czy tylko przykręciłeś felgi z OLX.

Efekt jest taki, że na miejscu pojawia się około tysiąca ręcznie wyselekcjonowanych samochodów z całej Europy oraz projektów sprowadzonych zza oceanu. W zeszłorocznej, wrocławskiej edycji w strefie biletowej stało m.in. Bugatti EB110, o Lamborghini czy kultowych Nissanach Skyline nawet nie wspominając. To są auta, które normalnie znasz tylko z internetu i zagranicznych relacji — a tu możesz obejść je dookoła i obejrzeć każdy detal z bliska.

Do tego dochodzą rzeczy, których nie zrobisz na zwykłym parkingu:

  • Ultrace PA Drift Show — drift w najbardziej widowiskowej formie: dym, zapach palonej gumy, profesjonalni kierowcy i projekty zrobione pod jedno zadanie.
  • Hall of Legends i TOP16 — wyróżnienia dla najlepszych projektów, ogłaszane w sobotę wieczorem, nagrody wręczane w niedzielę.
  • Panele dyskusyjne — bo Ultrace coraz mocniej gra w kulturę i lifestyle, nie tylko w blachę.
  • Night Experience — osobna, nocna część imprezy w przestrzeni Plenum na Ulicy Elektryków. Sobota, 22:00–5:00, wyłącznie 18+, osobny bilet. To najbardziej klubowo-industrialny element całego weekendu.

Czyli: w dzień stadion i drift, wieczorem reset, a dla pełnoletnich noc na Elektryków. Tak wygląda mapa tego weekendu.

Skąd się wzięło Ultrace? Z Raceism

Tu jest kawałek historii, który trzeba znać, bo bez niego nie zrozumiesz, dlaczego ta impreza ma taki ciężar. Ultrace nie spadło z kosmosu — to bezpośrednia kontynuacja Raceism, znanego też jako „The Event – Raceism".

Zaczęło się skromnie, około 2010 roku, na dachu jednego z wrocławskich centrów handlowych. Kilkudziesięciu znajomych ze zmodyfikowanymi autami, wspólna idea i jedno założenie, które przetrwało do dziś: ma być selektywnie, ma być o estetyce i jakości wykonania, a nie o liczbie uczestników. Z tej garstki ludzi wyrósł Raceism — zlot, który dość szybko zamienił Stadion Wrocław (dziś Tarczyński Arena) w europejską stolicę tuningu, ściągając projekty z Niemiec, Skandynawii, Japonii, USA, a nawet Emiratów. Sama nazwa to gra słów wokół sceny stance — czyli aut „na najniższym poziomie", maksymalnie opuszczonych, z idealnie wpasowanymi felgami.

W okolicach 2020–2021 marka przeszła rebranding na Ultrace. Zmieniła się nazwa i skala — doszła jeszcze bardziej dopracowana scenografia, branding i globalna ambicja — ale DNA zostało to samo: wyselekcjonowane auta, światowa jakość, zero kompromisów i międzynarodowy skład sędziowski, który wybiera najlepsze projekty.

I dlatego oficjalne „po 15 latach nadszedł czas na ewolucję", którym organizatorzy tłumaczą przeprowadzkę do Gdańska, nie jest marketingowym frazesem. To dosłownie liczone od tamtego dachu centrum handlowego. Gdańsk to nie pierwszy reset tej imprezy — to kolejny rozdział historii, która zaczęła się od kilkudziesięciu aut i jednego uporu, żeby robić rzeczy z poziomem.

Dlaczego akurat Gdańsk? I dlaczego tyle samochodów?

Tu zaczyna się ciekawa część. Ultrace przez lata żyło we Wrocławiu, na Tarczyński Arenie. Po 15 latach organizatorzy zdecydowali się na ewolucję i przenieśli imprezę do Gdańska, pod Polsat Plus Arena przy ul. Pokoleń Lechii Gdańsk 1. Powód jest prosty i logistyczny: większa przestrzeń, więcej możliwości i — co tu dużo gadać — nadmorski klimat, który robi z tego nie tylko zlot, ale wakacyjny event.

A dlaczego pod jeden stadion w Trójmieście zjedzie tysiąc aut z pół Europy? Bo to działa jak magnes, i to na kilku poziomach naraz:

Selekcja przyciąga selekcję. Kiedy wiesz, że obok Twojego projektu stanie najlepsza tysiączka z kontynentu, chcesz tam być. To nie jest event, na który jedzie się „bo akurat blisko". Tu się jedzie, bo to liga, w której chcesz grać. Ludzie pakują lawety i jadą z Niemiec, z Czech, z Holandii — bo Ultrace stało się jednym z punktów na europejskiej mapie kultury, obok niemieckich i zachodnich imprez.

Jedno miejsce, wiele warstw. Ultrace nie celuje w jeden typ widza. Jedni przyjadą oglądać konkretne projekty i felgi, drudzy żyją tylko driftem, a jeszcze inni potraktują to jak motoryzacyjny festiwal nad morzem z dzieciakami (do 7 lat wejście jest darmowe). Im szerszy lejek, tym więcej aut i ludzi się zbiera.

Efekt „widziałem to tylko w necie". Dla dużej części odwiedzających największą atrakcją jest możliwość zobaczenia na żywo aut znanych z zagranicznych relacji i branżowego internetu. To napędza frekwencję, a frekwencja napędza prestiż, a prestiż ściąga jeszcze lepsze projekty. Kółko się zamyka i z roku na rok puchnie.

Dla skali: wrocławska edycja 2025 przyciągnęła prawie 35 tysięcy zwiedzających. Gdańsk, z większą przestrzenią i nadmorskim hype'em, ma ambicję to przebić.

I tu dochodzimy do sedna: trzeba postawić grubą linię

A teraz najważniejsze, i to jest moment, w którym jako redakcja musimy być uczciwi do bólu.

Co roku, jak w zegarku, przy okazji Ultrace wraca ta sama narracja: „dzicz", „patologia", „banda gówniarzy upala na rondach". I problem polega na tym, że ta narracja jest częściowo prawdziwa — ale dotyczy zupełnie innych ludzi niż ci, którzy faktycznie przyjeżdżają na Ultrace.

Trzeba to powiedzieć wprost, bo inaczej zniknie cała kultura. Są dwa zupełnie różne światy, które niestety dzieją się w tym samym mieście w ten sam weekend:

Świat pierwszy — Ultrace. Ludzie, którzy zgłosili auto do selekcji, przeszli ją, przyjechali na lawecie albo legalnym, dopuszczonym do ruchu projektem, zapłacili za bilet, stanęli w strefie i przyszli pogadać o blasze, robocie i historii swojego auta. To są budowniczy. Ludzie, którzy w jeden projekt wpakowali rok życia, kupę kasy i jeszcze więcej nerwów. Dla nich Ultrace to dyplom, a nie pretekst.

Świat drugi — patologia uliczna. I to jest ta „trzoda", o której wszyscy mówią. Tu nie chodzi o uczestników Ultrace, tylko o gości, którzy traktują duży zlot w mieście jak zaproszenie do darmowego, alternatywnego eventu pod tytułem „E46 na glebie z camberem, upalanie na rondzie, nocne loty po obwodnicy". To są nocne wyścigi, strzelanie z rur na całe osiedle, driftowanie na rondach, jazda bez homologacji i pod wpływem. Krótko: drogowe bandyterstwo, które z kulturą motoryzacyjną ma tyle wspólnego, co kibol z bramki z piłką nożną.

I teraz konkrety, żeby nie było, że to subiektywne marudzenie. Wrocław 2025: w trakcie weekendu Ultrace policja przeprowadziła w mieście około 460 kontroli i wystawiła 270 mandatów na łączną kwotę około 100 tysięcy złotych. Sama impreza pod stadionem była zorganizowana i logistycznie poprowadzona wzorowo. Problem zaczynał się poza terenem — na ulicach miasta i okolicznych wsiach, skąd mieszkańcy zasypywali policję zgłoszeniami o hałasie i nielegalnych wyścigach. W sieci wylądowały nagrania kierowców, którzy stwarzali realne zagrożenie — w tym głośna historia gościa w szarym Mercedesie C Coupe, który po kontroli postanowił wyładować frustrację na drodze powrotnej.

Skutek? Miasto Wrocław otwarcie postawiło znak zapytania nad kolejną edycją. Urzędnicy mówili wprost, że nie są zadowoleni z efektów weekendu i wsłuchują się w głosy mieszkańców. To jest dokładnie ten mechanizm, którego scena powinna się bać najbardziej: nie zakaz „bo tuning brzydki", tylko utrata zaufania miasta przez zachowania, za które odpowiada margines, a nie organizator.

Bo to nie jest nowy problem i nie zaczął się od Ultrace. Zjawisko „nocnych lotów" w Polsce ma swoją historię — od dzikich spotów na obrzeżach miast, przez spontaniczne wyścigi na ćwiartkę, po sytuacje, w których pod Poznaniem (Komorniki) zlot „fanów motoryzacji" ściągnął około tysiąca aut, a policja zatrzymała organizatorów grupy „Nocne loty", postawiła zarzuty organizowania imprezy masowej bez pozwolenia, zatrzymała 140 dowodów rejestracyjnych i wystawiła ponad 200 mandatów za stan techniczny. To jest osobne zjawisko, które po prostu doczepia się do każdego dużego, legalnego eventu, bo wie, że wtedy w mieście jest dużo aut i łatwo się rozpłynąć w tłumie.

I tu jest pointa, którą chcemy postawić twardo:

Ultrace nie jest winne patologii. Ale Ultrace będzie za nią obrywać — jeśli scena sama nie postawi tej grubej linii.

Nie da się powiedzieć „organizujemy Ultrace, ale tym razem bez trzody", bo organizator nie kontroluje tego, co dzieje się trzy ronda dalej o trzeciej w nocy. Co da się zrobić, to przestać udawać, że to jeden i ten sam świat. Człowiek, który rok budował projekt, żeby przejść selekcję, i palant, który robi bączki na rondzie przy bloku, to nie są ci sami ludzie — i wrzucanie ich do jednego worka jest krzywdzące dla pierwszych, a wygodne tylko dla drugich.

Dlatego apel jest prosty, w obie strony. Do miast i policji: kontrolujcie drogi dojazdowe i stan techniczny, łapcie tych, co robią z miasta tor — to jest robota do zrobienia i nikt rozsądny nie będzie bronił piratów. Ale nie wrzucajcie całej kultury do kosza z napisem „dzicz", bo wylejecie dziecko z kąpielą. A do samej sceny: jeżeli zależy nam, żeby Ultrace zostało w Polsce i żeby kolejne miasta chciały je u siebie, to patologia uliczna jest naszym wspólnym wrogiem, nie folklorem. Każde nagranie z upalania na rondzie to gwóźdź do trumny imprezy, na którą legalnie i z dumą przyjechało tysiąc ludzi.

Praktycznie: co musisz wiedzieć, jeśli jedziesz

Skoro już ustaliliśmy, po której stronie linii chcemy stać, to garść konkretów na weekend:

  • Kiedy i gdzie: 27–28 czerwca 2026, przy Polsat Plus Arena Gdańsk, ul. Pokoleń Lechii Gdańsk 1.
  • Godziny: bramy dla wszystkich od 12:00 do 19:00 w sobotę i niedzielę. Drift Show 11:00–19:00, panele 14:00–18:00. Night Experience w sobotę 22:00–5:00 w Plenum na Ulicy Elektryków.
  • Bilety: wyłącznie online, event jest cashless — bierz kartę albo telefon do płatności. Weekendowe i VIP Weekend potrafią się wyprzedać wcześniej, więc nie zostawiaj tego na ostatnią chwilę. Night Experience to osobny bilet, niezależny od dziennej części, i tylko dla pełnoletnich (przy wejściu fizyczny dokument).
  • Z dzieckiem: do 7 lat wstęp wolny, ale potrzebny dokument potwierdzający wiek.
  • Na piechotę: teren i parkingi to sporo chodzenia — wygodne buty i powerbank, jeśli planujesz nagrywać. Opaski lepiej odebrać wcześniej, kolejki to zwykle większy problem niż sam program.

Werdykt

Ultrace w Gdańsku to dobra wiadomość. Dla miasta, dla sceny i dla każdego, kto lubi patrzeć na auta zrobione z głową i sercem. To impreza, która udowodniła, że polska kultura motoryzacyjna potrafi grać w europejskiej lidze — z selekcją, z poziomem i z atmosferą, której nie podrobisz na zwykłym parkingu.

Ale to też test. Nie dla organizatorów — oni swoją robotę odrabiają wzorowo. Test dla nas, czyli dla ludzi, którzy mówią o sobie „pasjonaci". Czy potrafimy obejrzeć tysiąc najlepszych projektów Europy, a potem wrócić do domu jak normalny człowiek, a nie jak bohater filmiku z obwodnicy. Bo to, czy Ultrace zostanie w Gdańsku na lata, czy skończy jak we Wrocławiu — pod znakiem zapytania — nie zależy od aut w strefie. Zależy od tego, co dzieje się za bramą.

I po to jest ta gruba linia. Stań po właściwej stronie.