Termometr pokazuje 30 stopni. Ruszasz spod świateł w pełnym ekwipunku, przejeżdżasz kilkaset metrów i czujesz się jak w piekarniku nastawionym na czterdzieści. Pięć minut później wjeżdżasz na obwodnicę, rozpędzasz się do stu dwudziestu i nagle robi się znośnie. Temperatura na zewnątrz ani drgnęła.
Pokutuje teoria, która ma to tłumaczyć: pęd powietrza grzeje, więc jadąc dwadzieścia na godzinę przy trzydziestu stopniach odczuwasz czterdzieści. Fizyka mówi coś dokładnie odwrotnego. A mimo to uczucie gotowania się w korku jest prawdziwe. Sprzeczność jest tylko pozorna i warto zrozumieć, skąd się bierze, bo od tego zależy, jak się ubierasz i jak długo wytrzymasz w siodle.
Skóra trzyma trzydzieści trzy stopnie
Cała zabawa kręci się wokół temperatury twojej skóry. W komforcie wynosi ona około 33 do 35 stopni. Rdzeń ciała ma stałe 37, ale powierzchnia jest chłodniejsza i to ona styka się z powietrzem.
Kiedy powietrze wokół ciebie jest chłodniejsze od skóry, a tak jest przez większość polskiego sezonu, pęd powietrza odbiera ci ciepło. Działa jak wentylator: im szybciej wieje, tym szybciej stygniesz. To znany z prognoz pogody efekt schłodzenia wiatrem.
Sytuacja odwraca się dopiero wtedy, gdy powietrze robi się cieplejsze od skóry, czyli powyżej mniej więcej 35 stopni. Wtedy pęd powietrza nie chłodzi, lecz dogrzewa, podobnie jak suszarka do włosów albo termoobieg w piekarniku. I dopiero w takich warunkach zasada im szybciej, tym cieplej jest prawdziwa.
Stąd pierwszy wniosek, który wywraca popularny mit. Przy trzydziestu stopniach jazda cię chłodzi, a nie grzeje, i robi to coraz mocniej im szybciej jedziesz. Skąd więc bierze się to piekielne uczucie w korku, dojdziemy za chwilę. Najpierw zobaczmy, jak zachowuje się sam wiatr.
Co naprawdę robi pęd powietrza
Najlepiej widać to na tablicy schłodzenia wiatrem. W pionie prędkość jazdy, w poziomie temperatura otoczenia, a w środku temperatura, którą realnie odczuwasz.

Dwie rzeczy rzucają się w oczy. Po pierwsze, w każdej kolumnie im niżej schodzisz, czyli im szybciej jedziesz, tym chłodniejsza robi się odczuwalna temperatura. Po drugie, tablica kończy się na dwudziestu stopniach i to nie przypadek. Schłodzenie wiatrem to model pogody chłodnej. Powyżej dwudziestu stopni przestaje wystarczać, bo do głosu dochodzą czynniki, których prosty wzór nie obejmuje: ekwipunek, ciepło silnika i próg temperatury skóry.
Konkrety z tablicy. Przy piętnastu stopniach jazda setką ścina odczucie do okolic jedenastu. Niby niewiele, ale właśnie ten brakujący kawałek tłumaczy, czemu po godzinie w trasie jesteś zmarznięty. Zejdź do pięciu stopni na termometrze i przy tej samej setce odczuwasz już mniej więcej minus pięć. Mróz w środku jesieni, choć słupek rtęci jeszcze go nie pokazuje.
Dlaczego w korku i tak się gotuję
Bo na to uczucie pracuje cała koalicja czynników, a pęd powietrza jest akurat tym jednym, który próbuje cię ratować, tylko przy dwudziestu na godzinę jest go za mało, żeby przeważyć resztę.
Zaczyna się od ekwipunku. Kurtka czy kombinezon to izolacja, która trzyma ciepło, a co ważniejsze, blokuje odparowywanie potu, czyli twój główny układ chłodzenia. Powietrze owiewa kurtkę z zewnątrz, ale ciało dusi się w środku we własnym sosie i twoja skóra siedzi grubo powyżej komfortowych trzydziestu trzech stopni.
Do tego dochodzi silnik. Jednostka spalinowa między nogami promieniuje jak grzejnik, zwłaszcza konstrukcje chłodzone powietrzem, a w korku bez nawiewu to ciepło idzie prosto na ciebie. Elektryki mają tu sporą przewagę, bo brak gorącego bloku między udami robi w mieście realną różnicę. Swoje dokłada rozgrzany asfalt, który oddaje ciepło promieniowaniem, oraz po prostu zbyt mała prędkość, przy której pęd powietrza nie nadąża wywiać ciepła generowanego przez ciebie, silnik i jezdnię.
Nie czujesz więc czterdziestu stopni dlatego, że jedziesz. Czujesz je mimo że jedziesz, bo jedziesz za wolno, żeby się schłodzić, a źródeł ciepła jest za dużo. Przyspiesz do setki, a te fizyczne czterdzieści spadnie do znośnych dwudziestu paru. Tak właśnie działa ulga na obwodnicy.
Druga strona medalu, czyli wychłodzenie
W sezonie przejściowym ten sam mechanizm działa na twoją niekorzyść, a przy niskich temperaturach robi się groźnie. To już nie kwestia komfortu, tylko bezpieczeństwa.
Najpierw dostają dłonie. Wychłodzone palce tracą czucie i precyzję, więc mniej płynnie operujesz manetką, sprzęgłem i hamulcem, dokładnie wtedy, gdy potrzebujesz najszybszej reakcji. To jeden z najbardziej niedocenianych czynników ryzyka w jeździe poza sezonem. Wychładza się też korpus, a wraz z nim spada koncentracja i rośnie zmęczenie. Hipotermia nie zaczyna się od dygotania, tylko od tego, że stajesz się wolniejszy i sam tego nie zauważasz. Dlatego doświadczeni ubierają się pod prędkość i długość trasy, a nie pod to, co pokazuje termometr przed wyjazdem.
Odwodnienie, którego nie czujesz
Jest jeszcze haczyk, który dopada nawet wtedy, gdy szybka jazda wydaje się przyjemnie chłodzić. Przy dużym pędzie powietrza pot odparowuje natychmiast i skóra zostaje sucha, więc nie czujesz, że się pocisz. A pocisz się dalej, intensywnie. Tak odwadniasz się, nie mając o tym pojęcia, co w upale prosto prowadzi do spadku koncentracji i przegrzania. Pij regularnie, nie czekając na pragnienie.
Co z tym zrobić
W upał stawiaj na ekwipunek z realną wentylacją. Kurtki i spodnie z siatki przepuszczają powietrze do ciała i pozwalają potowi odparowywać, podczas gdy szczelny kombinezon w mieście zamienia się w pułapkę cieplną. W korkach dobrze sprawdza się kamizelka chłodząca nasączana wodą, a na postoju warto stać jak najkrócej, bo to właśnie wtedy jest najgorzej.
W chłód podstawą jest wiatroszczelna warstwa zewnętrzna, bo to ona zatrzymuje efekt schłodzenia. Sweter pod przewiewną kurtką nie pomoże, jeśli wiatr przewieje go na wylot. Podgrzewane manetki albo rękawice nie są fanaberią, tylko bezpośrednim zyskiem w panowaniu nad motocyklem, a ubieranie się na cebulę daje swobodę dorzucenia i zdjęcia warstwy w trasie.
Sedno
Zasada im szybciej, tym cieplej jest mitem postawionym na głowie. Przy normalnych polskich temperaturach pęd powietrza chłodzi, i to tym mocniej, im szybciej jedziesz. Próg przełączenia w grzanie leży dopiero tam, gdzie powietrze robi się cieplejsze od skóry, czyli powyżej około 35 stopni.
A piekielne czterdzieści w letnim korku jest jak najbardziej realne, tylko nie pochodzi od wiatru. Robią je ekwipunek, silnik, asfalt i brak nawiewu przy żółwiej prędkości. Najlepsze jest to, że lekarstwem okazuje się dokładnie to, co rzekomo miało cię grzać. Przyspiesz i wpuść więcej powietrza.




