24 godziny Le Mans to wyścig, w którym o wszystkim decyduje noc, niezawodność i ani jednej sekundy lekkomyślności przez całą dobę. W niedzielne popołudnie, 14 czerwca, zakończyła się 94. edycja tej legendy, rozgrywana na liczącym 13,626 km torze Circuit de la Sarthe. I jeśli jesteś polskim kibicem motorsportu, to był jeden z tych weekendów, na które się czeka latami.

Inter Europol pisze historię

Klasa LMP2 należała w tym roku bezdyskusyjnie do zespołu Inter Europol Competition, w środowisku znanego jako "Piekarze". Polska ekipa zrobiła coś, co w tak nieprzewidywalnym wyścigu graniczy z cudem: zajęła dwa pierwsze miejsca. To pierwszy taki dublet polskiego zespołu w historii Le Mans.

Zwyciężyła załoga auta z numerem 43: Jakub Śmiechowski, Francuz Tom Dillmann i Brytyjczyk Nick Yelloly. Drugą pozycję wywalczył siostrzany prototyp Oreca 07-Gibson z numerem 343, prowadzony przez Reshada De Gérusa, Nico Müllera i Bijoya Garga. Rywalizacja w klasie była przez większość doby morderczo wyrównana, a najgroźniejszym przeciwnikiem okazał się francuski Duqueine Team, który przez sporą część wyścigu dyktował tempo. Sytuacja przechyliła się na korzyść Polaków dopiero na kilka godzin przed metą.

Dla Inter Europolu to trzecie zwycięstwo w LMP2 w ciągu ostatnich czterech edycji. Dla samego Śmiechowskiego to już trzeci triumf na tym torze, po wygranych w 2023 i 2025 roku. W klasie, gdzie wszyscy jeżdżą identycznymi prototypami i o wyniku decydują wyłącznie kierowcy, strategia i robota mechaników, taka seria nie jest przypadkiem. To po prostu najlepiej poukładany zespół w stawce.

Kubica bronił tytułu w najtrudniejszych warunkach

Druga polska historia tego weekendu rozgrywała się piętro wyżej, w królewskiej klasie Hypercar. Robert Kubica przyjechał do Francji jako obrońca ubiegłorocznego zwycięstwa, ale już od pierwszych okrążeń było jasne, że żółte Ferrari 499P satelickiego AF Corse z numerem 83 ma pod górkę. Auto męczyło się z wysokimi temperaturami i balansem, a po słabszych treningach i siedemnastym polu startowym powtórka sukcesu z 2025 roku wymagałaby scenariusza idealnego.

Zespół ugrał maksimum tego, co było możliwe. Dobrze wykorzystana neutralizacja i odważna zmiana strategii podczas wyjazdu samochodu bezpieczeństwa wywindowały załogę nawet na piątą lokatę. Kubica wsiadł do auta na ostatnią solidną zmianę i opuścił kokpit niewiele ponad półtorej godziny przed końcem, oddając kierownicę Yifeiowi Ye. Chińczyk musiał jednak zjechać po dolewkę paliwa w samej końcówce, co zepchnęło Ferrari z piątej na siódmą pozycję w generalce. Tytułu obronić się nie udało, ale w kontekście tempa, jakie auto pokazywało przez cały weekend, siódme miejsce było wynikiem wyciśniętym do ostatniej kropli.

Toyota wraca na tron po latach

W walce o zwycięstwo absolutne długo wydawało się, że historię napisze Cadillac. Oba prototypy Hertz Team Jota prowadziły przez znaczną część wyścigu, a załoga numer 38 należała do głównych faworytów. Le Mans nie wybacza jednak najmniejszej słabości, i awaria wyeliminowała Amerykanów z gry o wygraną. Z kłopotami technicznymi pożegnała się też fabryczna ekipa Ferrari z numerem 50, którą z wyścigu wykluczyły problemy z elektroniką.

Z tego chaosu skorzystała Toyota Gazoo Racing. Załoga w składzie Mike Conway, Nyck de Vries i Kamui Kobayashi dowiozła auto do mety jako pierwsza, dając japońskiej marce pierwsze zwycięstwo w Le Mans od 2022 roku. Po latach dominacji Ferrari i Porsche to był ważny powrót na sam szczyt.

Polski motorsport ma się świetnie

Można było wczoraj usiąść przed transmisją z lekkim niepokojem, bo obrona tytułu Kubicy stała pod znakiem zapytania od pierwszego treningu. A skończyło się jednym z najlepszych wyników polskiego motorsportu w tym sezonie. Historyczny dublet Inter Europolu, trzecie Le Mans Śmiechowskiego i twarda, bezbłędna jazda Kubicy w aucie, które nie chciało współpracować. Circuit de la Sarthe znów przypomniał, dlaczego ten wyścig jest najważniejszym sprawdzianem w całym kalendarzu. I dlaczego biało-czerwone barwy coraz częściej widać tam na samej górze list wyników.